Najważniejsza jest autentyczność

Najważniejsza jest autentyczność

Wywiad z Karoliną Habało, założycielką orkiestry muzyki dawnej CORNU COPIAE

 

O biedzie artystów, niewdzięczności sztuki i osieroconej kulturze powiedziano już wiele. Podobno czas Bacha się skończył, a na scenie króluje Justin Bieber. Są jednak artyści, którzy kochają muzykę klasyczną, a sztuka to dla nich misterne przygotowania i ogrom szczegółów. Skoro jednak na koncerty zespołów muzyki dawnej nie przychodzą setki tysięcy fanów, czy wciąż warto poświęcić jej życie?

O tym, jak to jest grać muzykę dawną w Krakowie, czym Polska powinna przyciągać młodych i zdolnych, a także – czy nie przeszło jej nigdy przez myśl, że mogłaby pracować w „korpo”z Karoliną Habało, skrzypaczką, założycielką orkiestry muzyki dawnej CORNU COPIAE rozmawia Małgorzata Stabrawa – współzałożycielka Fundacji Ad Operam, dziennikarka i PR-owiec.

Małgorzata Stabrawa: Ciężko jest założyć nowy zespół muzyki dawnej w Krakowie? Trzeba było nakłaniać członków, czy wręcz przeciwnie?

 

 

 

Karolina Habało: W Krakowie działa jeden z największych, a na pewno najstarszy akademicki ośrodek muzyki dawnej. Muzyków zajmujących się tą dziedziną jest coraz więcej, a ja mam to szczęście, że moi koledzy, gdy tylko powiedziałam im o moim pomyśle, od razu zgodzili się na współpracę. Właściwie nie musiałam nikogo przekonywać, wszyscy chcą grać, co bardzo mnie cieszy. Jeżeli ktoś mi odmawiał, to jedynie dlatego, że miał w tym czasie inne zajęcia, których nie dało się pogodzić z naszym projektem. Zdarza się, że inni znajomi sami mnie pytają, czy mogliby wziąć udział w kolejnym koncercie. To bardzo miłe.

M.S.: Podobno barok w muzyce jest „niszowy”. Po co grać muzykę dawną?

K.H.: Cóż, ciężko mi o obiektywizm, bo sama siedzę w tej niszy już od kilku lat i stała się ona dla mnie środowiskiem naturalnym. Ale mówiąc poważnie – może nie jest to najpopularniejszy gatunek muzyki, ale zainteresowanie nim wciąż wzrasta. Wiem też, słuchając komentarzy po koncertach, że dla osób, które na co dzień nie słuchają tzw. muzyki poważnej, a wręcz mówią, że za nią nie przepadają, koncert muzyki barokowej jest zazwyczaj bardzo przyjemnym doświadczeniem. Jest w tej muzyce coś niezwykłego – formy są niezbyt długie, ale za to bardzo wyraziste, kolorowe, pełne skrajnych emocji – nie można się nudzić.

M.S.: Jak się gra muzykę dawną?

K.H.: Najważniejsza jest autentyczność. Chcemy jak najbardziej zbliżyć się do brzmienia orkiestr grających w tamtych czasach. Rzeczą pierwszorzędną są narzędzia, czyli nasze instrumenty. Gramy na oryginalnych instrumentach z epoki lub ich kopiach. Stroimy je w specjalnym obniżonym systemie, używając naturalnych, nierównych odległości między dźwiękami. Zamiast metalowych strun, używamy jelitowych. Są dużo bardziej czułe i wymagające, ale odwdzięczają się piękną, głęboką barwą. Już samo ich dotykanie jest przyjemne. Używamy także specjalnych modeli smyczków, które różnią się od tych współczesnych, mają bardziej łukowaty kształt. W naszej orkiestrze występują również nietypowe instrumenty takie jak klawesyn czy teorba – instrument strunowy z rodziny lutni, z bardzo długą szyją, służący do realizacji akompaniamentu. Zawsze wzbudza zainteresowanie, szczególnie ze względu na rozmiar – jest wyższa ode mnie!

M.S.: Skąd można mieć pewność, że interpretacja jest dobra?

K.H.: Przygotowując utwór musimy poznać kontekst w jakim został napisany: gdzie, kiedy, w jakich okolicznościach, dla kogo, w jakim składzie był wykonywany? Czytamy ówczesne listy i traktaty, w których muzycy i kompozytorzy opisują, jak najlepiej interpretować ich muzykę, poznajemy figury retoryczne – symbole muzyczne, przedstawiające uczucia, zjawiska. To bardzo ciekawe i wciągające zajęcie. Do tego w muzyce dawnej mamy możliwość improwizacji, a więc dodania czegoś od siebie do każdego dzieła. Jeden utwór zagrany przez kilku różnych wykonawców nigdy nie zabrzmi więc tak samo.

M.S.: Wróćmy więc do pytania, które teraz wydaje się już być trochę nie na miejscu… po co grać muzykę dawną?

K.H.: Bo jest inna, autentyczna, naturalna. Bo nie ma w niej naleciałości akademickich („musisz to zagrać tak, bo Pan Profesor 50 lat temu tak to nagrał i teraz wszyscy tak gramy”). Bo jest ciekawa i nieodkryta. Bo w niej znaleźliśmy sposób na wyrażenie siebie.

M.S.: Czy można powiedzieć, że ludzie są, tylko funduszy brak?

K.H.: Choć brak funduszy, to ludzie są i chcą grać. Chwała im za to! (śmiech) Ale rzeczywiście, jedyne środki finansowe jakimi dysponujemy, to datki zebrane po koncertach, które wystarczają na pokrycie kosztów promocji oraz przewozu instrumentów. Organizacja koncertu i prób to niezła gimnastyka, każdy ma wiele różnych zajęć i nie mogą z nich zrezygnować właśnie z powodów finansowych. Chociaż spędzam godziny nad dopracowywaniem grafiku, często musimy robić próby w niepełnym składzie. Jakoś sobie radzimy, ale jest to nieco problematyczne. Chciałabym, żeby w przyszłości się to zmieniło. Dlatego cieszę się bardzo z nawiązania współpracy z Fundacją Ad Operam.

M.S: Co jest ważne w tworzeniu dobrego zespołu?

K.H.: Ludzie! Ważne jest, żeby znaleźć osoby, którym będzie się chciało i które wierzą w to, że wspólnie uda nam się stworzyć coś ciekawego. Ważny jest także pomysł i cel, szczególnie dla osoby, która kieruje zespołem. Jeżeli chcę coś stworzyć, muszę mieć jasną wizję tego, co chcę osiągnąć, inaczej nasza energia ulegnie niepotrzebnemu rozproszeniu.

M.S.: Przeszło Ci kiedyś przez myśl „mogłam pracować w korpo”?

K.H.: Życie muzyka takiego jak ja, wolnego strzelca, jest bardzo niestabilne. Zdarzają się momenty stagnacji, kiedy nic się nie dzieje, a potem takie, w których nie wiadomo w co ręce włożyć i jak dostać się z jednego końca świata na drugi w jak najszybszym czasie, żeby zdążyć na próby różnych zespołów. Potem zdarza nam się czekać na przelewy, które nie wiadomo kiedy przyjdą. Czasami rzeczywiście nawiedza mnie taka myśl „Mogłabym mieć normalną pracę, stabilne zarobki, wolne weekendy i spokojne życie”. Ale zaraz mi przechodzi, bo takie „spokojne życie” chyba na dłuższą metę by mnie zabiło. Jestem uzależniona od muzyki i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie wiem, czy istnieje jakieś inne zajęcie, które daje tyle przyjemności i satysfakcji. Dzięki muzyce mogę wyrażać siebie, ale także rozwijać się, stawiać sobie wciąż nowe wyzwania. Dużo podróżuję, poznaję mnóstwo ciekawych ludzi. Może to i mało wygodne, ale za to piękne.

M.S.: Na pewno obiło Ci się o uszy: „Kto płaci tym darmozjadom w Filharmonii”. Taka ocena muzyków z pewnością boli?

K.H.: Chciałabym poznać w końcu takiego muzyka darmozjada, to musi być naprawdę niespotykane zjawisko! Większość moich znajomych muzyków to osoby bardzo zapracowane, uczące w szkołach (często kilku) i grające w różnych zespołach. Trzeba także pamiętać, że do zawodu muzyka przygotowujemy się przez całe nasze życie, ćwicząc codziennie nawet po kilka godzin. Ktoś, kto mówi o muzykach, że są darmozjadami, nie ma na ten temat zielonego pojęcia, więc myślę, że nie warto się przejmować takimi opiniami, tylko robić swoje.

M.S: Studiowałaś we Włoszech. Jak tam było?

K.H.: We Włoszech spędziłam rok i był to chyba najcudowniejszy i najważniejszy rok w moim życiu. W tym czasie bardzo wiele się nauczyłam, nabrałam także dystansu do wielu rzeczy. Potem musiałam wrócić do Krakowa, żeby dokończyć moje studia magisterskie. Mimo przeprowadzki kontynuuję moje studia w klasie Enrico Onofriego w konserwatorium w Palermo. Można powiedzieć, że odnalazłam swojego mistrza, a to dla mnie bardzo ważne.

M.S.: Brzmi super. Jak to się stało, że nie wróciłaś z powrotem do Włoch?

K.H.: Wbrew stereotypowi „tego lepszego zachodu” w Polsce naprawdę przyjemnie i wygodnie się żyje. Wiele rzeczy na pewno jest łatwiej zorganizować i ogarnąć tutaj, niż we Włoszech. Kocham Kraków i jestem szczęśliwa, że tutaj mieszkam. Wciąż jednak jestem bardzo związana z Włochami, zarówno jeśli chodzi o studia, pracę, ale też życie prywatne, bardzo często tam wyjeżdżam. Na dzień dzisiejszy taka pozorna niestabilność daje mi równowagę.

M.S.: Czemu młodzi i zdolni wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu szczęścia? Jak ich zatrzymać?

K.H.: Wyjazd za granicę uważam za bardzo dobry pomysł. Większość muzyków wyjeżdża po to, aby studiować lub pracować, ale takie doświadczenie daje o wiele więcej. Na pewno bardzo poszerza horyzonty i otwiera głowę. Dodatkowo można świetnie nauczyć się języka obcego. Mnie samej dodało też mnóstwo wiary w siebie. Myślę, że zamiast pytania „jak ich zatrzymać?” zadałabym pytanie „jak nakłonić ich do tego, żeby wrócili?”.

M.S.: No właśnie?

K.H.: Należałoby zapewnić młodym ludziom na tyle atrakcyjne warunki, aby sami chcieli to zrobić. Na pewno ułatwienie realizacji nowych projektów i przedsięwzięć byłoby krokiem do przodu. Tego życzę sobie i wszystkim innym artystom.

M.S.: Dziękuję za rozmowę.